Nowy metropolita łódzki jest łodzianinem z Marysina - tu chodził do przedszkola, szkoły, seminarium duchownego, tu związał się z Ruchem Światło-Życie.
Na początku lat 90. studiował liturgikę w Rzymie, gdzie obronił doktorat. Potem był ceremoniarzem biskupim, wykładowcą liturgiki, prefektem Seminarium. Pod koniec 1998 roku wrócił do Rzymu, gdzie został papieskim ceremoniarzem i funkcję tę pełnił aż do wyboru papieża Franciszka, który powierzył mu funkcję jałmużnika. Biskupem został w 2013 roku, a kardynałem - w 2018. W Watykanie pełnił posługę przy czterech papieżach.
Z powodu bardzo aktywnej, a czasem niekonwencjonalnej działalności, nazwany został „papieskim Robin Hoodem”. Pojawiał się w miejscach, w których pomoc wymagała realnej odwagi, m.in. jeździł z konwojami humanitarnymi na Ukrainę. Odstąpił swoje mieszkanie bezdomnym i zamieszkał w biurze. Zerwał plombę na instalacji elektrycznej, z której nielegalnie korzystali ubodzy. Jeździł na Lampedusę, gdy fala morskiej migracji osiągała swoje maksima.
Będąc w Watykanie kard. Konrad utrzymywał stały kontakt z archidiecezją łódzką. Przewodniczył ważnym Eucharystiom, modlił się na uroczystościach pogrzebowych swoich wychowawców, chodził z pielgrzymką na Jasną Górę. Często gościł też łódzkich księży, którzy jeździli do Rzymu, pomagał także kapłanom -studentom z archidiecezji, którzy studiowali na watykańskich uczelniach. Jeździł po Łodzi rowerem, czasem motocyklem. Ma też związki z Podhalem, gdzie otrzymał w prezencie kawałek ziemi i gdzie co roku przynajmniej przez kilka dni odpoczywa, udostępniając dom licznym gościom.
Unika wywiadów, ale nie unika głoszenia Słowa. Jednym z pojęć, które konsekwentnie wprowadza do swoich homilii jest „opalanie się przed Najświętszym Sakramentem”. Jego zawołanie biskupie to prosty komunikat: „Miłosierdzie”.