Autorem dzieła jest Łukasz Majerowski - artysta wizualny zajmujący się malarstwem i sztuką w przestrzeni. Jego prace charakteryzują się dużą dokładnością, bogactwem detali i wyrazistym stylem.
- Historia z Łukaszem jest niesamowita, bardzo ciekawa i taka fajna. Łukasz wraz ze swoją żoną Emilią przygotowywali się ze swoim synem do przyjęcia pierwszej komunii świętej. Znaczy ich syn uczestniczył w tym przygotowaniu i tak naprawdę Łukasza i jego żony bardzo mocno poznałem po komunii świętej, czyli dokładnie rok temu. Pamiętam to jak dziś, w pierwszy piątek miesiąca czerwca i pół żartem, pół serio, kiedy mieliśmy taki piknik rodzinny dla tych właśnie rodziców. Pół żartem, pół serio, widząc, że Łukasz jest nieco ubrudzony farbami, zapytałem go: "Co pan taki brudny, skąd pan to w ogóle wraca?" I on wtedy mówi, że: "A malowałem taki mural i że tym się zajmuję". I ja wtedy tak entuzjastycznie powiedziałem, ale byłoby spoko, ale byłoby super, gdyby pan tak namalował taki mural świętego brata Alberta. I wtedy wszyscy pamiętam wokoło zaczęli się śmiać, myśląc, że to tak trochę nierealne. Ja w sobie też pomyślałem, no chyba nierealne. Później z Łukaszem gdzieś ta nasza relacja pogłębiała się. Łukasz nam pomagał w takich projektach, między innymi przy kawiarence. Też pomagał nam w takim doborze farb w naszym kościele, kiedy montowaliśmy ołtarz nowy. I później gdzieś tam od słowa do słowa zaczęliśmy coraz tak odważniej mówić, a może Łukasz faktycznie byśmy spróbowali coś takiego zrobić. I siedzieliśmy nieraz tak w kuluarach, nieraz rozmawialiśmy sobie przy herbacie, jakbyśmy to widzieli i gdzieś tam nam się obu zamarzyło, żeby to była trochę taka innowacyjna praca, żebyśmy pokazali tego Alberta nieco inaczej, nie tak tradycyjnie, nie tak tendencyjnie i wymyśliliśmy właśnie te cztery drogi. Cieszę się bardzo, że na tej naszej drodze pojawiło się też kilka osób, które nam pomagały w tym, w sensie takim konsultowaliśmy to oczywiście najpierw z naszym współbratem ojcem Cyprianem Morycem w Kalwarii Zebrzydowskiej, który gdzieś o to dbał, oczywiście z naszym ojcem prowincjałem, z naszymi współbraćmi. Ale też cieszę się bardzo, że konsultowaliśmy to z panią doktor Beatą Skrzydlewską, historykiem sztuki, która jest wicedyrektorem Muzeum Narodowego w Lublinie i z panią dyrektor Katarzyną Mieczkowską, dyrektorem tego muzeum i z siostrą Dorotą Kostką Albertyką, która gdzieś tam jest tak bardzo mocno zakorzeniona w takich archiwalnych sprawach związanych z Albertem. I w ogóle to było niesamowite, że cała ta ekipa ludzi bardzo entuzjastycznie zareagowała na ten nasz pomysł. Mieliśmy nieco obawy, czy taki nasz pomysł nie jest za bardzo wywrotowy, ale wszystkie te osoby były zgodne, że właśnie tak zróbcie, tak zróbcie. Później powstał już taki końcowy projekt. No i samo wykonanie trwało o dziwo bardzo krótko, bo Łukasz wykonał tą kompozycję w zasadzie w 12 dni, więc tak naprawdę to nie jest długi okres, ale no było to wszystko już przygotowane i przemyślane i przemodlone, myślę też przez nas wszystkich i przez niego. Więc taki efekt tej kompozycji jest, za co jesteśmy Mu ogromnie wdzięczni - mówi Ojciec Bartymeusz Kędzior, proboszcz parafii Świętego Brata Alberta w Lublinie.
Kompozycja malarska ukazuje cztery wydarzenia, które uczyniły z Adama Chmielowskiego - świętego Brata Alberta. Pierwszą szkołą miłości było dla Niego Powstanie Styczniowe. Osiemnastoletni Adam, wychowany w patriotycznej rodzinie, porzuca studia w Instytucie Politechnicznym w Puławach i staje w szeregach powstańców 1863 roku. W bitwie pod Mełchowem zostaje ciężko ranny, jego nogę amputują w polowych warunkach - bez znieczulenia, jak wspominał później, ze szczotką ryżową ściskaną w zębach. Przez całe życie będzie nosił drewnianą protezę. Ten kawałek drewna stanie się dyskretnym, codziennym znakiem, że już raz oddał ciało za sprawę większą od siebie - i że ofiara, raz złożona, nie cofa się. Z młodzieńczego idealizmu, z miłości do Ojczyzny, która nie kalkuluje strat, Bóg wyprowadzi później miłość, która nie kalkuluje wobec żadnego człowieka.
Po klęsce zrywu i emigracji Adam wybiera drogę sztuki. Pasja malarska prowadzi go przez Warszawę, Monachium, Paryż i Wenecję - przez najlepsze akademie ówczesnej Europy. Maluje, dyskutuje z Witkiewiczem, Chełmońskim, Siemiradzkim, szuka absolutu w pięknie i staje się jednym z najbardziej obiecujących polskich malarzy swojego pokolenia. Sztuka jest dla niego nie ozdobą życia, lecz drogą poznania - próbą uchwycenia tego, co nieuchwytne. To z tego okresu pochodzi jego najsłynniejsze dzieło: Ecce Homo, portret biczowanego Chrystusa w purpurowym płaszczu, z twarzą wyrażającą jednocześnie ból, milczenie i niepojęty majestat. Ten obraz jest punktem zwrotnym całego życia Alberta. Maluje go latami, nie potrafi skończyć, wraca do niego, poprawia, odkłada - bo Twarz, którą próbuje uchwycić, zaczyna mu uciekać z płótna w stronę krakowskich zaułków. Adam stopniowo rozumie, że Chrystus, którego maluje, czeka na niego gdzie indziej, i że dalsze siedzenie przed sztalugą byłoby już ucieczką. Sztuka, która miała być drogą do Boga, sama domaga się porzucenia - bo Bóg okazuje się żywy, a martwe płótno coraz bardziej puste.
Wtedy następuje gest, którego współcześni mu długo nie potrafili pojąć. Pomoc ubogim - dojrzały, uznany malarz porzuca paletę, przywdziewa szary habit tercjarza franciszkańskiego i przenosi się do miejskiej ogrzewalni przy ulicy Skawińskiej w Krakowie. Tam, wśród bezdomnych, alkoholików, ludzi przegranych i odrzuconych, mieszka, je, śpi razem z nimi. Nie z dystansu filantropa, nie jako zwierzchnik instytucji - z bliska, jak brat, który dzieli ten sam siennik i tę samą zupę. Krakowscy mieszczanie nie rozumieją: po co? Przecież mógł malować, mógł uczyć, mógł robić to z dystansu. Ale Albert wie już, że miłość, która zachowuje dystans, nie jest jeszcze miłością. To w tej ogrzewalni, wśród zaduchu, wszy i rozpaczy, rodzi się jego najsłynniejsze zdanie: „Trzeba być dobrym jak chleb, który leży na stole, z którego każdy może kęs dla siebie ukroić i nakarmić się, gdy jest głodny." Ostatnim krokiem tej drogi jest założenie zgromadzenia. W 1888 roku Albert zakłada Braci Albertynów, trzy lata później - Siostry Albertynki. Dobro przestaje być prywatnym gestem jednego mnicha, staje się regułą, wspólnotą, dziedzictwem, które przetrwa jego śmierć. Albert wie, że nędzy nie pokona się jednym życiem - dlatego musi powstać struktura, która będzie kochać dalej, gdy jego już nie będzie. Pisze regułę surową, prostą, opartą na ubóstwie tak radykalnym, że bracia mają być biedniejsi od tych, którym służą.
Świętość przybiera najcichszy z możliwych kształtów - miski zupy podanej w zimie, czystej koszuli, twardego łóżka w przytulisku, obecności przy człowieku, którego nikt już nie chce. Brat Albert umiera w Krakowie w Wigilię 1916 roku, w czasie I wojny światowej, w pokoju przytuliska, które sam zbudował.Ostatnie słowa, jakie wypowiada do swoich braci, brzmią po prostu: „bądźcie dobrzy".
Cztery sceny - jedna świętość. Brat Albert nie doszedł do Boga mimo powstania i malarstwa - doszedł przez nie. Heroizm młodości i piękno sztuki nie były etapami do odrzucenia, lecz stopniami tej samej drabiny, po której schodził coraz niżej - aż do najmniejszych. Każda kolejna scena z muralu jest głębszym „tak" wypowiedzianym Bogu: tak dla ofiary z ciała, tak dla ofiary z talentu, tak dla ofiary z pozycji, tak dla ofiary z samego siebie. To samo „tak", które wypowiedział Chrystus na krzyżu - rozłożone na całe ludzkie życie.
Święty Jan Paweł II, który jeszcze jako Karol Wojtyła napisał o nim dramat „Brat naszego Boga”, a w 1989 roku ogłosił Go świętym, widział w Albercie wzór tego, co dziś najtrudniejsze: świętości bez rozgłosu, świętości w postaci chleba. Świętości, która nie polega na czynieniu rzeczy nadzwyczajnych, lecz na byciu zwyczajnie obecnym tam, gdzie wszyscy inni już odeszli.
W parafii św. Brata Alberta przy ulicy Willowej w Lublinie odbędzie się 18 czerwca konferencja naukowa poświęcona postaci Świętego Brata Alberta. Motywem przewodnim konferencji będzie opowieść o powstaniu na frontonie świątyni kompozycji malarskiej przedstawiającej świętego Brata Alberta i cztery sceny z Jego życia.
W konferencji wezmą udział:
•dr hab. Katarzyna Mieczkowska, dyrektor Muzeum Narodowego w Lublinie. Muzealnik, kustosz dyplomowany, doktor nauk humanistycznych, autorka licznych publikacji naukowych z zakresu samorządu, kultury, muzealnictwa, komunikacji w muzeach i projektowania wystaw muzealnych. Członek Rady ds. Muzeów i Miejsc Pamięci Narodowej przy Ministrze Kultury i Dziedzictwa Narodowego oraz licznych gremiów doradczych i eksperckich.
•dr Beata Skrzydlewska, zastępca dyrektora Muzeum Narodowego w Lublinie, historyczka sztuki. W czasie konferencji wygłosi prelekcje pt.: „Monachijczycy - środowisko artystów polskich".
•s. Dorota Kostka, która pracuje w archiwum przy Domu Generalnym sióstr albertynek w Krakowie. Od wielu lat na różny sposób angażuje się w popularyzację postaci i dzieła św. Brata Alberta. Współpracuje w tej dziedzinie z ośrodkami naukowymi oraz różnymi instytucjami i mediami. W czasie konferencji wygłosi prelekcje pt.: „Adam Chmielowski. W poszukiwaniu wolności".
•ks. dr Łukasz Piórkowski - dyrektor Muzeum Świętego Jana Pawła II w Wadowicach. W czasie konferencji wygłosi prelekcje pt.:„Brat Albert, Jan Paweł II o energii życiowej bez uproszczeń”.
•Łukasz Majerowski, artysta wizualny zajmujący się malarstwem i sztuką w przestrzeni. Jego prace charakteryzują się dużą dokładnością, bogactwem detali i wyrazistym stylem. W czasie konferencji opowie nam o powstaniu kompozycji malarskiej, której jest autorem.
•o. Bartymeusz Kędzior OFM, gwardian klasztoru i proboszcz parafii, który poprowadzi konferencję i panel dyskusyjny.
Mural ze Świętym Bratem Albertem można oglądać na świątyni przy ulicy Willowej w Lublinie.